W ostatnim jednym z ostatnich podcastów Mel Robbins, zatytułowanym „Stanford Luck Researcher: How to Manifest the Life You Want”, czyli „Badaczka szczęścia ze Stanfordu: jak tworzyć życie, którego pragniesz”, pojawiła się dr Tina Seelig, profesorka Uniwersytetu Stanforda, badaczka kreatywności, przedsiębiorczości i tego, co zwykle nazywamy szczęściem.
I od razu powiem jasno: to nie jest rozmowa o tym, że trzeba usiąść w fotelu, zapalić świecę, pomyśleć o sukcesie, a wszechświat przyniesie nam fakturę z dopiskiem: „zrealizowano”.
To jest rozmowa znacznie ciekawsza.
Bo Seelig nie mówi o szczęściu jak o magii.
Mówi o szczęściu jak o kompetencji.
O czymś, co można wzmacniać przez sposób myślenia, odwagę, relacje, hojność, ciekawość i gotowość do działania.
Bardzo podoba mi się ta perspektywa, bo ona zdejmuje z człowieka dwie skrajności.
Pierwsza skrajność brzmi: „wszystko zależy od losu”.
Druga: „wszystko zależy od ciebie”.
Jedno i drugie bywa nieprawdziwe.
Są rzeczy, których nie kontrolujemy.
Nie wybieramy wszystkich okoliczności.
Nie mamy wpływu na każdą decyzję innych ludzi.
Nie zawsze dostajemy równe szanse.
Ale mamy wpływ na coś bardzo ważnego: na to, czy umiemy zauważyć okazję, przygotować się do niej i odpowiedzieć ruchem, zamiast czekać, aż życie samo zapuka do drzwi, najlepiej z bukietem i gotową umową.
Tina Seelig używa pięknej metafory żaglówki.
Szczęście jest jak wiatr.
Nie widać go, ale potrafi poruszyć całym życiem.
Tylko że sam wiatr nie wystarczy.
Trzeba mieć łódź.
Trzeba mieć załogę.
Trzeba postawić żagiel.
Łódź to my sami: nasze wartości, kompetencje, charakter, odwaga, samoświadomość.
Załoga to ludzie: relacje, mentorzy, przyjaciele, współpracownicy, osoby, które czasem widzą nasz potencjał szybciej niż my sami.
Żagiel to działanie: wyjście z ukrycia, zadanie pytania, napisanie wiadomości, przyjęcie zaproszenia, pokazanie swojej pracy, poproszenie o rozmowę.
I tu zaczyna się konkret.
Szczęście częściej znajduje ludzi, którzy są w ruchu.
Nie dlatego, że są wybrani.
Nie dlatego, że mają tajemny kod do życia.
Ale dlatego, że wystawiają żagle.
Wysyłają sygnał do świata: jestem gotowa, uczę się, szukam, próbuję, tworzę, pytam, działam.
W tej rozmowie bardzo ważne miejsce zajmuje też hojność.
Hojność nie jest tutaj rozumiana jako rozdawanie pieniędzy albo poświęcanie siebie do granic wyczerpania.
To nie jest bycie „dobrą dziewczynką”, która wszystkim pomaga, a potem wraca do domu jak telefon z trzema procentami baterii.
Hojność w rozumieniu Seelig to gotowość do zwiększania szans innych ludzi.
To może być dobre słowo.
Polecenie.
Kontakt.
Wprowadzenie kogoś do właściwej osoby.
Podzielenie się wiedzą.
Zauważenie czyjegoś talentu.
Otworzenie drzwi, których ktoś sam jeszcze nie potrafił znaleźć.
I to jest bardzo mądre.
Bo szczęście bardzo często przychodzi przez ludzi.
Przez rozmowę, której mogło nie być.
Przez wiadomość, której baliśmy się wysłać.
Przez spotkanie, na które prawie nie poszliśmy.
Przez osobę, której kiedyś pomogliśmy bez wielkiej kalkulacji.
Hojność buduje sieć zaufania.
A zaufanie buduje przepływ okazji.
To nie oznacza naiwności.
To oznacza dojrzałość.
Nie chodzi o to, żeby dawać wszystkim wszystko.
Chodzi o to, żeby używać swoich zasobów, uwagi, kontaktów, doświadczenia i życzliwości tak, aby świat wokół nas stawał się odrobinę bardziej możliwy dla innych.
A potem dzieje się coś ciekawego.
Ludzie pamiętają tych, którzy otwierali im drzwi.
Ludzie wracają do tych, przy których czuli się zauważeni.
Ludzie rekomendują tych, którzy nie traktowali relacji jak transakcji.
I właśnie tam, bardzo często, zaczyna działać to, co później z zewnątrz wygląda jak „szczęście”.
Ktoś powie: „Ale miałaś szczęście”.
A pod spodem była praca.
Były relacje.
Była odwaga.
Była decyzja.
Była hojność.
Był żagiel postawiony wtedy, gdy jeszcze nie było pewności, czy zawieje.
To jest bardzo bliskie treningowi mentalnemu.
Bo trening mentalny nie polega na tym, żeby udawać, że życie jest zawsze sprawiedliwe, lekkie i przewidywalne.
Nie jest.
Trening mentalny polega między innymi na tym, żeby człowiek umiał działać mimo niepewności.
Żeby potrafił regulować emocje.
Żeby nie wycofywał się tylko dlatego, że nie ma gwarancji.
Żeby widział swoje sprawstwo tam, gdzie naprawdę ono istnieje.
Dlatego po tej rozmowie zostaje ze mną jedno bardzo mocne pytanie:
Czy ja tworzę warunki, w których szczęście ma gdzie wylądować?
Bo może problem nie zawsze polega na tym, że „nie mam szczęścia”.
Może czasem problem polega na tym, że moja łódź stoi przy brzegu.
Załogi nie zaprosiłam.
Żagla nie postawiłam.
A potem mam pretensję do wiatru, że mnie nigdzie nie zabrał.
Szczęście nie zawsze przychodzi do ludzi najlepszych.
Czasem przychodzi do ludzi przygotowanych.
Do ludzi ciekawych.
Do ludzi hojnych.
Do ludzi, którzy umieją prosić.
Do ludzi, którzy potrafią pomagać.
Do ludzi, którzy nie chowają swojego talentu w szufladzie podpisanej: „kiedyś”.
I może właśnie od tego warto zacząć kolejny dzień.
Nie od wielkiej rewolucji.
Nie od planu naprawy całego życia do wtorku.
Nie od dramatycznego „od jutra wszystko zmieniam”, bo takie deklaracje często mają żywotność sałaty w lodówce.
Może wystarczy jedno pytanie:
Jaki żagiel mogę dziś postawić?
Do kogo mogę napisać?
Komu mogę pomóc?
O co mogę poprosić?
Gdzie mogę być bardziej widoczna?
Jaką jedną małą okazję mogę dziś zauważyć, zamiast przejść obok niej z miną człowieka, który czeka na cud w wersji premium?
Bo szczęście, jak pokazuje Tina Seelig, nie jest wyłącznie tym, co nam się przydarza.
Szczęście często zaczyna się tam, gdzie człowiek jest przygotowany, uważny, hojny i gotowy zrobić pierwszy krok.
A potem wiatr już wie, gdzie ma dmuchać.
Aneta Opała
Trener mentalny, wykładowca
